Bakterie i Jezus
Mały Jaś usiadł do stołu z brudnymi rękoma. Mama chcąc zachęcić go do umycia rąk przed posiłkiem powiedziała:
- Panu Jezusowi podobałoby sie gdybyś umył ręce. Przy okazji pozbędziesz się również bakterii i zarazków.
Jaś wstał od stołu i podreptał do łazienki mamrocząc pod nosem:
- bakterie i Jezus, bakterie i Jezus, ani jednego, ani drugiego w tym domu jeszcze nie widziałem.
Czy w Twoim domu "widać Jezusa"? Czy w naszym życiu ludzie widzą Boga?
- Panu Jezusowi podobałoby sie gdybyś umył ręce. Przy okazji pozbędziesz się również bakterii i zarazków.
Jaś wstał od stołu i podreptał do łazienki mamrocząc pod nosem:
- bakterie i Jezus, bakterie i Jezus, ani jednego, ani drugiego w tym domu jeszcze nie widziałem.
Czy w Twoim domu "widać Jezusa"? Czy w naszym życiu ludzie widzą Boga?
Czas na T.S. Eliota: Jałowa ziemia IV - Śmierć w wodzie
Jałowa Ziemia - IV
Śmierć w wodzie
Fenicjanin Flebas, martwy od dwu niedziel,
Zapomniał krzyku mew, i morza przypływów
Zysków i strat.
Głębinowy prąd
Obgryzał jego kości szepcąc. Wznosił się i spadł -
Płynąc pośród dojrzałych oraz młodych lat
Aż wchłonął go wir.
Niewierny czy Żyd
0 ty - który obracasz kołem i spoglądasz w wiatr,
Wspomnij Flebasa, co był piękny i smukły - jak ty.
Śmierć w wodzie
Fenicjanin Flebas, martwy od dwu niedziel,
Zapomniał krzyku mew, i morza przypływów
Zysków i strat.
Głębinowy prąd
Obgryzał jego kości szepcąc. Wznosił się i spadł -
Płynąc pośród dojrzałych oraz młodych lat
Aż wchłonął go wir.
Niewierny czy Żyd
0 ty - który obracasz kołem i spoglądasz w wiatr,
Wspomnij Flebasa, co był piękny i smukły - jak ty.
Lutownice w dłoń...
Dziś znalazłem czas (i chęci :) ), żeby zająć się podłączeniem nagłośnienia w kaplicy.
Kupiłem 4xjack (mono) (b. dobrej jakości), 15 metrów kabla do głośników (średniej jakości).
Pożyczyłem lutownice i wyruszyłem. Zdemontowałem dotychczasowe podłączenie. Polutowałem kabelki (pewnie można, by było to zrobić lepiej), podłączyłem, przetestowałem i... o dziwo, zadziałało :D.
Włożyłem przewody do listw maskujących, zakryłem wykładziną. I jest ślicznie, nie wiszą już "makarony" przy ścianach.
Kupiłem 4xjack (mono) (b. dobrej jakości), 15 metrów kabla do głośników (średniej jakości).
Pożyczyłem lutownice i wyruszyłem. Zdemontowałem dotychczasowe podłączenie. Polutowałem kabelki (pewnie można, by było to zrobić lepiej), podłączyłem, przetestowałem i... o dziwo, zadziałało :D.
Włożyłem przewody do listw maskujących, zakryłem wykładziną. I jest ślicznie, nie wiszą już "makarony" przy ścianach.
Czas na T.S. Eliota: Jałowa ziemia III - Kazanie ognia
Jałowa Ziemia - III.
Kazanie ognia
Namiot rzeki już pękł; ostatnie palce liści
Chwytając się kurczowo, toną w rozmokłym brzegu. Wiatr
Przebiega brunatną ziemię, bezgłośnie. Nimfy odpłynęły.
Słodka Tamizo, płyń łagodnie nim skończę mą pieśń.
Rzeka nie niesie już pustych butelek, śniadaniowych papierów,
Jedwabnych chustek, niedopłaków, pudełek,
I innych świadectw letnich nocy. Nimfy odpłynęły.
I ich przyjaciele, obiboki - synowie dyrektorów,
Spłynęli, nie zostawiając adresów.
Nad wodami Lemanu siedziałem płaczący...
Słodka Tamizo, płyń łagodnie nim skończę mą pieśń,
Słodka Tamizo, płyń łagodnie, bo cichy i krótki mój śpiew.
Lecz za plecami, skąd wiatr zimny dmucha
Klekot kości, i chichot od ucha do ucha.
Szczur pełznął miękko pomiędzy chwastami
Wlokąc swój śliski brzuch po brzegu,
Gdym łowił ryby w zatęchłym kanale
W zimowy wieczór w pobliżu gazowni
Dumając o tym jak utonął mój brat, król
I o wcześniejszej śmierci króla - mego ojca.
Na mokrym brzegu nagie białe ciała
Kości rzucone na ciemne poddasze,
Chrobocą tylko pod nogami szczurów, rok po roku.
Lecz za plecami słyszę od czasu do czasu
Dźwięki klaksonów i motorów - które wiozą
Sweeneya wiosną do pani Porter.
Nad panią Porter księżyc wschodzi
Usiadła z córką w światła powodzi
I myją nogi w sodowej wodzie
Et O ces voix d'enfants, chantant dans la coupole!
Tłit tłit tłit
Dżag Dżag Dżag Dżag Dżag
Tak okrutnie zgwałconej
Tereu
Nierzeczywiste Miasto
Pod mgłą brunatną w zimowe południe
Pan Eugenides, handlowiec ze Smyrny
Nie ogolony, w kieszeniach rodzynki,
Dokumenty: C.i.f. Londyn, płatne przy odbiorze,
Zaprosił mnie w ludowej francusczyżńie
Na lancz w Hotelu Cannon Street
A następnie na weekend w Metropolu.
0 fioletowej godzinie, gdy oczy i plecy
Podniosą się znad biurka, gdy ludzka maszyna
-Jak taksówka drżąc, czeka,
Ja Tejrezjasz, choć ślepy, drżący między dwoma żywotami,
Starzec o piersiach sflaczałych, kobiecych, widzę
0 fioletowej godzinie, wieczór, który dąży
Do przystani: wiedzie marynarza z okrętu do domu;
I maszynistkę - sprząta resztki po śniadaniu,
Zapala piecyk, z puszek wyjmuje jedzenie,
Jej niebezpiecznie w oknie wiszącą bieliznę
Grzeją ostatnie słoneczne promienie,
Na tapczanie (co w nocy jest łóżkiem) - niedbała
Sterta - gorset, stanik, pończochy, pantofle.
Ja Tejrezjasz, o zwiędłych kobiecych wymionach,
Pojąłem scenę, dalszy ciąg przepowiedziałem
- Ja też na gościa o zmierzchu czekałem.
Wchodzi - w krzykliwym stroju i pryszczaty
Chudy pisarczyk - zuchwale spoziera,
Jeden z maluczkich, których pewność lśni
Jak jedwabny cylinder bradfordzkiego milionera.
Skończyła jeść, siedzi zmęczona i znudzona,
Chwila jest teraz pomyślna - zgaduje,
Pieszczotą pragnie skłonić ją do pieszczot,
Ona nie broni się, ale i nic nie czuje.
Gwałtowny, szybki, szturmuje od razu,
Rękę przesuwa wciąż w nowe regiony
- Nie oczckuje żadnej odpowiedzi,
Wystarczy mu, że nie jest odtrącony.
(I ja Tejrezjasz przeżyłem to wszystko
Co się odbyło tu, na tym tapczanie;
Ja który zszedłem w świat umarłych nisko
I stałem w kurzu przy tebańskiej bramie)
W drzwiach jeszcze całus protekcyjny dodał
I po omacku schodzi po nie oświetlonych schodach...
Ona odwraca się i chwilę patrzy w lustro,
Wie że był tutaj, lecz o nim nie myśli;
I czuje tylko w głowie wielką pustkę:
"Poszedł, jak dobrze, że już jest po wszystkim".
Gdy z drogi cnoty schodzi śliczna pani -
Przed lustrem staje z pochyloną głową,
Włosy upina drżącymi rękami
I na gramofon kładzie płytę nową.
"Muzyka ta, obok mnie pełzła nad grzbietami fal"
Wzdłuż Strandu szła, do Queen Victoria Street.
O Miasto miasto, czasem jednak słyszę
Stojąc przed barem na Lower Thames Street,
jak mandolina delikatnie łka
I gwar i brzęk który dobiega z wnętrza
Gdzie ryb handlarze schodzą się w południe: gdzie ścian
Magnusa Męczennika przepych i prostota
Jest niepojętym pięknem jońskiej bieli oraz złota.
Kazanie ognia
Namiot rzeki już pękł; ostatnie palce liści
Chwytając się kurczowo, toną w rozmokłym brzegu. Wiatr
Przebiega brunatną ziemię, bezgłośnie. Nimfy odpłynęły.
Słodka Tamizo, płyń łagodnie nim skończę mą pieśń.
Rzeka nie niesie już pustych butelek, śniadaniowych papierów,
Jedwabnych chustek, niedopłaków, pudełek,
I innych świadectw letnich nocy. Nimfy odpłynęły.
I ich przyjaciele, obiboki - synowie dyrektorów,
Spłynęli, nie zostawiając adresów.
Nad wodami Lemanu siedziałem płaczący...
Słodka Tamizo, płyń łagodnie nim skończę mą pieśń,
Słodka Tamizo, płyń łagodnie, bo cichy i krótki mój śpiew.
Lecz za plecami, skąd wiatr zimny dmucha
Klekot kości, i chichot od ucha do ucha.
Szczur pełznął miękko pomiędzy chwastami
Wlokąc swój śliski brzuch po brzegu,
Gdym łowił ryby w zatęchłym kanale
W zimowy wieczór w pobliżu gazowni
Dumając o tym jak utonął mój brat, król
I o wcześniejszej śmierci króla - mego ojca.
Na mokrym brzegu nagie białe ciała
Kości rzucone na ciemne poddasze,
Chrobocą tylko pod nogami szczurów, rok po roku.
Lecz za plecami słyszę od czasu do czasu
Dźwięki klaksonów i motorów - które wiozą
Sweeneya wiosną do pani Porter.
Nad panią Porter księżyc wschodzi
Usiadła z córką w światła powodzi
I myją nogi w sodowej wodzie
Et O ces voix d'enfants, chantant dans la coupole!
Tłit tłit tłit
Dżag Dżag Dżag Dżag Dżag
Tak okrutnie zgwałconej
Tereu
Nierzeczywiste Miasto
Pod mgłą brunatną w zimowe południe
Pan Eugenides, handlowiec ze Smyrny
Nie ogolony, w kieszeniach rodzynki,
Dokumenty: C.i.f. Londyn, płatne przy odbiorze,
Zaprosił mnie w ludowej francusczyżńie
Na lancz w Hotelu Cannon Street
A następnie na weekend w Metropolu.
0 fioletowej godzinie, gdy oczy i plecy
Podniosą się znad biurka, gdy ludzka maszyna
-Jak taksówka drżąc, czeka,
Ja Tejrezjasz, choć ślepy, drżący między dwoma żywotami,
Starzec o piersiach sflaczałych, kobiecych, widzę
0 fioletowej godzinie, wieczór, który dąży
Do przystani: wiedzie marynarza z okrętu do domu;
I maszynistkę - sprząta resztki po śniadaniu,
Zapala piecyk, z puszek wyjmuje jedzenie,
Jej niebezpiecznie w oknie wiszącą bieliznę
Grzeją ostatnie słoneczne promienie,
Na tapczanie (co w nocy jest łóżkiem) - niedbała
Sterta - gorset, stanik, pończochy, pantofle.
Ja Tejrezjasz, o zwiędłych kobiecych wymionach,
Pojąłem scenę, dalszy ciąg przepowiedziałem
- Ja też na gościa o zmierzchu czekałem.
Wchodzi - w krzykliwym stroju i pryszczaty
Chudy pisarczyk - zuchwale spoziera,
Jeden z maluczkich, których pewność lśni
Jak jedwabny cylinder bradfordzkiego milionera.
Skończyła jeść, siedzi zmęczona i znudzona,
Chwila jest teraz pomyślna - zgaduje,
Pieszczotą pragnie skłonić ją do pieszczot,
Ona nie broni się, ale i nic nie czuje.
Gwałtowny, szybki, szturmuje od razu,
Rękę przesuwa wciąż w nowe regiony
- Nie oczckuje żadnej odpowiedzi,
Wystarczy mu, że nie jest odtrącony.
(I ja Tejrezjasz przeżyłem to wszystko
Co się odbyło tu, na tym tapczanie;
Ja który zszedłem w świat umarłych nisko
I stałem w kurzu przy tebańskiej bramie)
W drzwiach jeszcze całus protekcyjny dodał
I po omacku schodzi po nie oświetlonych schodach...
Ona odwraca się i chwilę patrzy w lustro,
Wie że był tutaj, lecz o nim nie myśli;
I czuje tylko w głowie wielką pustkę:
"Poszedł, jak dobrze, że już jest po wszystkim".
Gdy z drogi cnoty schodzi śliczna pani -
Przed lustrem staje z pochyloną głową,
Włosy upina drżącymi rękami
I na gramofon kładzie płytę nową.
"Muzyka ta, obok mnie pełzła nad grzbietami fal"
Wzdłuż Strandu szła, do Queen Victoria Street.
O Miasto miasto, czasem jednak słyszę
Stojąc przed barem na Lower Thames Street,
jak mandolina delikatnie łka
I gwar i brzęk który dobiega z wnętrza
Gdzie ryb handlarze schodzą się w południe: gdzie ścian
Magnusa Męczennika przepych i prostota
Jest niepojętym pięknem jońskiej bieli oraz złota.
Rzeka wypaca
Ropę i smar
Fala zawraca
Odpływa w dal,
Żagle czerwone
Szerokie
W stronę wiatrów zwrócone
Na ciężkich rejach.
Za galarami kłody na fali
Płyną ku Greenwich
Psia wyspa w dali.
Ropę i smar
Fala zawraca
Odpływa w dal,
Żagle czerwone
Szerokie
W stronę wiatrów zwrócone
Na ciężkich rejach.
Za galarami kłody na fali
Płyną ku Greenwich
Psia wyspa w dali.
Wajalala laja
Wallala lajalala
Wallala lajalala
Elżbieta i Leicester
Rytmiczne wiosła
Rufę jak złotą
Muszlę
Uniosły,
Wiatr rześki marszczy
Fale na brzegu
Wiatr południowy
Niesie w dół biegu
Dzwonów dzwonienie
W śród białych wież
Rytmiczne wiosła
Rufę jak złotą
Muszlę
Uniosły,
Wiatr rześki marszczy
Fale na brzegu
Wiatr południowy
Niesie w dół biegu
Dzwonów dzwonienie
W śród białych wież
Wajalala laja
Wallala lajalala
Wallala lajalala
"Tramwaje oraz drzewa w kurzu.
Zrodziło mnie Highbury. Richmond i Kew
Zgubiły mnie. - Pod Richmond nogi rozłożyłam
Leżąc na wznak, na czółna wąskim dnie."
"Moje stopy na Moorgate, serce
Rzuciłam pod stopy. Po wszystkim
Płakał, szeptał >>zaczniemy od nowa<<.
Nie miałam o nic żalu i nie rzekłam słowa."
"W Margate, na piaskach
Nie potrafię powiązać
Z niczym - niczego.
Połamane paznokcie brudnych rąk.
Moi starzy, ludzie skromni, nie oczekują
Niczego."
Zrodziło mnie Highbury. Richmond i Kew
Zgubiły mnie. - Pod Richmond nogi rozłożyłam
Leżąc na wznak, na czółna wąskim dnie."
"Moje stopy na Moorgate, serce
Rzuciłam pod stopy. Po wszystkim
Płakał, szeptał >>zaczniemy od nowa<<.
Nie miałam o nic żalu i nie rzekłam słowa."
"W Margate, na piaskach
Nie potrafię powiązać
Z niczym - niczego.
Połamane paznokcie brudnych rąk.
Moi starzy, ludzie skromni, nie oczekują
Niczego."
la la
Do Kartaginy przybyłem wówczas
Płonąc płonąc płonąc płonąc
0 Panie Ty wyrywasz mnie
0 Panie Ty wyrywasz
płonąc
Do Kartaginy przybyłem wówczas
Płonąc płonąc płonąc płonąc
0 Panie Ty wyrywasz mnie
0 Panie Ty wyrywasz
płonąc
Aktualizacja strony domowej
Po długim czasie udało mi się zaktualizować stronę domową. W założeniu ma być wizytówką (rozszerzoną). Natomiast moje główne "życie w wirtualu" dzieje się na blogu.
I tak zostanie. Na razie :D
I tak zostanie. Na razie :D
Posłuszny pielgrzym
Naszym jako chrześcijan głównym celem jest dojść do nieba. Pielęgnujemy otrzymane zbawienie, by dojść do niebiańskiej, Bożej obecności.
Nie jestem oryginalny porównując nasze życie tu na ziemi do pielgrzymki. Ale jest to bardzo wyrazisty obraz.
Jeśli znamy nasz główny cel, jeśli realizujemy po drodze, te cele pomniejsze to ciągle zmierzamy w naszej podróży do przodu.
Tylko, że piesze wędrówki, choć niewątpliwie mają swój urok, też powodują zmęczenie. Bo pielgrzymowanie to trud i znój. To pęcherze na nogach, to obolałe mięśnie, a jak niesie się jeszcze plecak to i bóle kręgosłupa. Niestety nie da się wsiąść w express do nieba. Całą drogę idziemy na własnych nogach, krocząc śladami Chrystusa.
W tym naszym pielgrzymowaniu istnieje pokusa, by zatrzymać się w miejscu, w którym jest nam wygodnie. To zatrzymanie się w „oazie spokoju” jest tym bardziej kuszące im większe stoi przed nami wyzwanie. A niewątpliwie uległość/ posłuszeństwo jest takim wielkim wyzwaniem.
Na pytanie czy chcemy być pełni Ducha Świętego zapewne zgodnie odpowiedzielibyśmy, że oczywiście. Ale jeśli zadamy pytanie czy chcemy być ulegli w swoim życiu, odpowiedź może nastręczyć trochę trudności.
Bo czym jest uległość, i dlaczego to ja mam być innym uległy/ posłuszny?
Nie wiem jak w was, ale ja mogę się przyznać, że buntuje się jakaś część we mnie gdy muszę wykazać się postawą posłuszeństwa, gdy muszę być uległy.
Ale ta postawa może być miejscem z którego pójdziemy dalej w naszym duchowym rozwoju, w relacjach z ludźmi w służbie, albo może być miejsce gdzie osiądziemy i nie będziemy w stanie być bardziej efektywnymi w naszym życiu.
Nie jestem oryginalny porównując nasze życie tu na ziemi do pielgrzymki. Ale jest to bardzo wyrazisty obraz.
Jeśli znamy nasz główny cel, jeśli realizujemy po drodze, te cele pomniejsze to ciągle zmierzamy w naszej podróży do przodu.
Tylko, że piesze wędrówki, choć niewątpliwie mają swój urok, też powodują zmęczenie. Bo pielgrzymowanie to trud i znój. To pęcherze na nogach, to obolałe mięśnie, a jak niesie się jeszcze plecak to i bóle kręgosłupa. Niestety nie da się wsiąść w express do nieba. Całą drogę idziemy na własnych nogach, krocząc śladami Chrystusa.
W tym naszym pielgrzymowaniu istnieje pokusa, by zatrzymać się w miejscu, w którym jest nam wygodnie. To zatrzymanie się w „oazie spokoju” jest tym bardziej kuszące im większe stoi przed nami wyzwanie. A niewątpliwie uległość/ posłuszeństwo jest takim wielkim wyzwaniem.
Na pytanie czy chcemy być pełni Ducha Świętego zapewne zgodnie odpowiedzielibyśmy, że oczywiście. Ale jeśli zadamy pytanie czy chcemy być ulegli w swoim życiu, odpowiedź może nastręczyć trochę trudności.
Bo czym jest uległość, i dlaczego to ja mam być innym uległy/ posłuszny?
Nie wiem jak w was, ale ja mogę się przyznać, że buntuje się jakaś część we mnie gdy muszę wykazać się postawą posłuszeństwa, gdy muszę być uległy.
Ale ta postawa może być miejscem z którego pójdziemy dalej w naszym duchowym rozwoju, w relacjach z ludźmi w służbie, albo może być miejsce gdzie osiądziemy i nie będziemy w stanie być bardziej efektywnymi w naszym życiu.
Czas na T.S. Eliota: Jałowa ziemia II - Partia szachów
Jałowa Ziemia - II
Partia Szachów
Krzesło w którym siedziała, jako lśniący tron
Łuną płonęło na marmurze, gdzie zwierciadło -
Wsparte słupami rzeźbionymi w kiście winnych gron
Z których złocisty wyglądał Kupido
(A drugi oczy ukrył za skrzydłami)
- Siedmioramiennych kandelabrów zdwajało płomienie,
By odbić światło w inkrustacjach stołu, skąd
Blask jej klejnotów szedł im na spotkanie
Z puzder z atłasu - w rozrzutnym nadmiarze.
W otwartych fiolkach z szkieł barwionych i słoniowej kości
Czaił się dziwny zapach sytentycznych perfum,
Maście, pudry i płyny - w niespokojnych i zwodzących
Woniach topiły zmysły; gdy wzbijał je wiew
Niosąc chłód od okna - wznosząc się -
Tuczyły złoty długi płomień świec,
I kładąc dym ich na plafonie
Mąciły deseń liści w kasetonach.
Sczerniałe w morzu drzewo, nabijane miedzią,
Zielenią i oranżem płonąc wśród barwnych kamieni
Rzucało blask posępny - w nim rzeźbiony delfin płynął.
Ponad antycznym kominkiem, jak gdyby
W otwartym oknie widok, a w nim leśna scena:
Przemiana Filomeli, przez barbarzyńskiego króla
Tak okrutnie zgwałconej; i dotąd tam słowik
Dziewiczo czystym głosem napełnia pustkowie,
I ciągle płacze, ciągle ściga świat:
"Dżag Dżag" dla brudnych uszu.
I inne wyschłe pniaki i strumienie czasu
Były opowiedziane w krąg na ścianach; twarze
Wychylone i pochylone, uciszały pokój.
Szelest stóp wchodził po kamiennych schodach.
W świetle kominka, pod szczotką jej włosy
Rozsypywały się w iskrzące punkty
Jarzyły w słowach, potem milkły zagniewane.
"Źle z moimi nerwami tej nocy. Źle. Ach, zostań ze mną.
Mów do mnie. Czemu nigdy nic nie mówisz. Mów.
0 czym ty myślisz? Co ty myślisz? Co?
Ja nigdy nie wiem, o czym myślisz. Pomyśl."
Myślę - jesteśmy w szczurzym zaułku
Gdzie zmarli ludzie pogubili kości.
"Co to za hałas?"
Wiatr pod drzwiami.
"Co to za hałas znowu? Co ten wiatr wyrabia?"
Nic, znowu nic.
"Czy
Ty nic nie wiesz? Nic nie widzisz? Nie pamiętasz
Nic?"
Pamiętam
Perły lśnią - kiedyś to były oczy.
"Czy jesteś żywy, czy umarly? Nic nie ma w twej głowie?"
Tylko
0 0 0 ten szeksphirowski szlagier
Taki elegancki
Tak inteligencki
"I co mam teraz robić? Co mam robić? Co?
Wyjść tak jak stoję i iść po ulicy
Z włosami rozwianymi, tak. A co zrobimy jutro?
I co w ogóle mamy robić?"
Gorąca woda o dziesiątej,
Zakryty wóz o czwartej, gdy ulica deszczem lśni,
I rozegramy partię szachów, oczy bez powiek zaciskając
I oczekując na stukanie w drzwi.
Kiedy mąż Lilki wracał do cywila. To powiedziałam -
Nie owijałam w bawełnę, powiedziałam jej prosto z mostu,
PROSZĘ SZYBCIEJ JUŻ CZAS
Teraz gdy Albert wraca, oporządź się trochę.
Będzie chciał wiedzieć, co zrobiłaś z forsą, którą ci dał
Abyś wstawiła zęby. Dał ci, sama to widziałam.
Wszystkie jej wyrwij Lilka i wpraw sobie nowe,
Tak powiedział - przysięgam, już nie mogę patrzeć
Na ciebie - i ja również, powiadam, i pomyśl o biednym Albercie,
Cztery lata był w woju, teraz chce mieć frajdę,
A jeśli ty nie zechcesz, to znajdą się inne.
0 czyżby, odpowiedziała. Coś w tym rodzaju, mówię.
To choć wiem komu dziękować, i łypnęła na mnie okiem.
PROSZĘ SZYBCIEJ JUŻ CZAS
Jak ci się nie podoba, to się wypchaj, mówię.
Inne tylko czekają na taką okazję.
Lecz jak Albert da nogę, wspomnisz moje słowa.
Jak ci nie wstyd, powiadam, wyglądać jak antyk
(A ma tylko trzydzieści jeden lat).
Nic na to nie poradzę, mówi, twarz jej się wyciąga,
To przez proszki, powiada, co brałam na spędzenie.
(Ma już piątkę, przy Jurku omal nie umarła)
Aptekarz mówił - będzie dobrze, ale nie jestem ta sama.
Jesteś lepsza idiotka, powiadam,
Jeśli ci Albert nie da spokoju, tak już będzie,
Po coś ty wyszła za mąż, jak nie chcesz mieć dzieci?
PROSZĘ SZYBCIEJ JUŻ CZAS
Dobra, w niedzielę Albert był już w domu - ugotowała golonkę,
Mnie zaprosili na obiad, bym skosztowała pyszności...
PROSZĘ SZYBCIEJ JUŻ CZAS
PROSZĘ SZYBCIEJ ZAMYKAMY
Dobranoc Bill. Dobranoc Lu. Dobranoc May. Dobranoc.
Pa pa. Dobranoc. Dobranoc.
Dobranoc paniom, dobranoc wdzięcznym paniom, dobranoc, dobra noc.
Partia Szachów
Krzesło w którym siedziała, jako lśniący tron
Łuną płonęło na marmurze, gdzie zwierciadło -
Wsparte słupami rzeźbionymi w kiście winnych gron
Z których złocisty wyglądał Kupido
(A drugi oczy ukrył za skrzydłami)
- Siedmioramiennych kandelabrów zdwajało płomienie,
By odbić światło w inkrustacjach stołu, skąd
Blask jej klejnotów szedł im na spotkanie
Z puzder z atłasu - w rozrzutnym nadmiarze.
W otwartych fiolkach z szkieł barwionych i słoniowej kości
Czaił się dziwny zapach sytentycznych perfum,
Maście, pudry i płyny - w niespokojnych i zwodzących
Woniach topiły zmysły; gdy wzbijał je wiew
Niosąc chłód od okna - wznosząc się -
Tuczyły złoty długi płomień świec,
I kładąc dym ich na plafonie
Mąciły deseń liści w kasetonach.
Sczerniałe w morzu drzewo, nabijane miedzią,
Zielenią i oranżem płonąc wśród barwnych kamieni
Rzucało blask posępny - w nim rzeźbiony delfin płynął.
Ponad antycznym kominkiem, jak gdyby
W otwartym oknie widok, a w nim leśna scena:
Przemiana Filomeli, przez barbarzyńskiego króla
Tak okrutnie zgwałconej; i dotąd tam słowik
Dziewiczo czystym głosem napełnia pustkowie,
I ciągle płacze, ciągle ściga świat:
"Dżag Dżag" dla brudnych uszu.
I inne wyschłe pniaki i strumienie czasu
Były opowiedziane w krąg na ścianach; twarze
Wychylone i pochylone, uciszały pokój.
Szelest stóp wchodził po kamiennych schodach.
W świetle kominka, pod szczotką jej włosy
Rozsypywały się w iskrzące punkty
Jarzyły w słowach, potem milkły zagniewane.
"Źle z moimi nerwami tej nocy. Źle. Ach, zostań ze mną.
Mów do mnie. Czemu nigdy nic nie mówisz. Mów.
0 czym ty myślisz? Co ty myślisz? Co?
Ja nigdy nie wiem, o czym myślisz. Pomyśl."
Myślę - jesteśmy w szczurzym zaułku
Gdzie zmarli ludzie pogubili kości.
"Co to za hałas?"
Wiatr pod drzwiami.
"Co to za hałas znowu? Co ten wiatr wyrabia?"
Nic, znowu nic.
"Czy
Ty nic nie wiesz? Nic nie widzisz? Nie pamiętasz
Nic?"
Pamiętam
Perły lśnią - kiedyś to były oczy.
"Czy jesteś żywy, czy umarly? Nic nie ma w twej głowie?"
Tylko
0 0 0 ten szeksphirowski szlagier
Taki elegancki
Tak inteligencki
"I co mam teraz robić? Co mam robić? Co?
Wyjść tak jak stoję i iść po ulicy
Z włosami rozwianymi, tak. A co zrobimy jutro?
I co w ogóle mamy robić?"
Gorąca woda o dziesiątej,
Zakryty wóz o czwartej, gdy ulica deszczem lśni,
I rozegramy partię szachów, oczy bez powiek zaciskając
I oczekując na stukanie w drzwi.
Kiedy mąż Lilki wracał do cywila. To powiedziałam -
Nie owijałam w bawełnę, powiedziałam jej prosto z mostu,
PROSZĘ SZYBCIEJ JUŻ CZAS
Teraz gdy Albert wraca, oporządź się trochę.
Będzie chciał wiedzieć, co zrobiłaś z forsą, którą ci dał
Abyś wstawiła zęby. Dał ci, sama to widziałam.
Wszystkie jej wyrwij Lilka i wpraw sobie nowe,
Tak powiedział - przysięgam, już nie mogę patrzeć
Na ciebie - i ja również, powiadam, i pomyśl o biednym Albercie,
Cztery lata był w woju, teraz chce mieć frajdę,
A jeśli ty nie zechcesz, to znajdą się inne.
0 czyżby, odpowiedziała. Coś w tym rodzaju, mówię.
To choć wiem komu dziękować, i łypnęła na mnie okiem.
PROSZĘ SZYBCIEJ JUŻ CZAS
Jak ci się nie podoba, to się wypchaj, mówię.
Inne tylko czekają na taką okazję.
Lecz jak Albert da nogę, wspomnisz moje słowa.
Jak ci nie wstyd, powiadam, wyglądać jak antyk
(A ma tylko trzydzieści jeden lat).
Nic na to nie poradzę, mówi, twarz jej się wyciąga,
To przez proszki, powiada, co brałam na spędzenie.
(Ma już piątkę, przy Jurku omal nie umarła)
Aptekarz mówił - będzie dobrze, ale nie jestem ta sama.
Jesteś lepsza idiotka, powiadam,
Jeśli ci Albert nie da spokoju, tak już będzie,
Po coś ty wyszła za mąż, jak nie chcesz mieć dzieci?
PROSZĘ SZYBCIEJ JUŻ CZAS
Dobra, w niedzielę Albert był już w domu - ugotowała golonkę,
Mnie zaprosili na obiad, bym skosztowała pyszności...
PROSZĘ SZYBCIEJ JUŻ CZAS
PROSZĘ SZYBCIEJ ZAMYKAMY
Dobranoc Bill. Dobranoc Lu. Dobranoc May. Dobranoc.
Pa pa. Dobranoc. Dobranoc.
Dobranoc paniom, dobranoc wdzięcznym paniom, dobranoc, dobra noc.
Wniebowstąpienie Pańskie
Wniebowstąpienie* Jezusa Chrystusa opisane zostało w Ewangelii Marka (16,19), Ewangelii Łukasza (24,51) oraz w Dziejach Apostolskich (1,9). Jezus przez 40 dni po swoim zmartwychwstaniu przebywał wśród uczniów.
W obecności uczniów Jezus uniósł się w górę i zniknął.
Dziesięć dni później nastąpiło zesłanie Ducha Świętego."Nie wasza to rzecz znać czasy i chwile, które Ojciec w mocy swojej ustanowił, ale weźmiecie moc Ducha Świętego, kiedy zstąpi na was, i będziecie mi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi. I gdy to powiedział, a oni patrzyli, został uniesiony w górę i obłok wziął go sprzed ich oczu.
I gdy tak patrzyli uważnie, jak On się oddalał ku niebu, oto dwaj mężowie w białych szatach stanęli przy nich i rzekli: Mężowie galilejscy, czemu stoicie, patrząc w niebo? Ten Jezus, który od was został wzięty w górę do nieba, tak przyjdzie, jak go widzieliście idącego do nieba." - Dz 1,7-11
Wspominając Wniebowstąpienie Pana nie można nie wspomnieć o Jego powrocie.
Maranatha! Przyjdź Panie Jezu!
Amen!
Maranatha! Przyjdź Panie Jezu!
Amen!
===
* Wniebowstąpienie – przeniesienie się osoby do nieba za życia (nie po śmierci) wraz z ciałem (nie sama dusza).
Subskrybuj:
Posty (Atom)
